Szum Drzew
— Szum drzew! Zdaje się, że nic prostszego
nad to: wiatr wieje, porusza liście, te uderzają o siebie i szumią.
Jeżeli drzewa są duże, a rosną wśród skał albo około murów, dających echo, drzewa szumią groźniej i dźwięczniej niż w otwartem polu. Jeżeli wiatr nierówny, szumią nierówno — wszystko to takie proste i jasne!
Szum drzew mówi, że wiatr wieje, że można przewidywać burzę, wracać do domu, jeżeli niebo jest przy tem podejrzane.
A jednak niema może człowieka, który w tym szumie nie dowiedział się czegoś więcej nad to.
W szumie drzew wypowiada się wiatr, który jest przecież istotą nieżywą. A jednak wypowiada się. Wypowiadają się i drzewa, całą swą indywidualność. Sosny, świerki, jodły szumią miękko, w szumie ich słychać drobny wysoki świst miliona igieł cienkich, gałązek łuskowatych i suchych szyszek. W szumie topoli rozłożystych i wysokich czuć rozległość, bezbrzeżność i zarazem pustkę: słyszy się w nim niby przeciągłe potrząsanie pękarni listków sztywnych i gładkich, wydających brzęk cienkich blaszek srebra. Szczególniej jeżeli topole stoją rzędem przy drodze, a wiatr idzie górą. Leszczyna ma szum głuchy, aksamitny, tak jak liście szerokie, miękkie i omszone. Wogóle szumi cicho. W szumie dużych wierzb zawsze słychać jakieś sypanie — mnóstwo drobnych niedźwięcznych uderzeń długich, kruchych gałązek i drzewiastych liści. Olcha wytworna szeleści niby jedwabiami. Sztywne, mocne i nieruchliwe liście dębu szumią jak woda oddalonego wodospadu.
Jałowiec syczy cicho przy ziemi.
Liściaste inaczej szumią wiosną, kiedy są okryte mnóstwem żółtawych, wątłych listków, inaczej szumią latem, inaczej w jesieni, kiedy liście twardnieją schną: zjawia się wtedy w szumie ich ów szelest suchy i zapowiedź jednostajnego, zimowego świstu nagich gałęzi.
Sądzę, że człowiek poznaje drzewa, które mu szumiały w dzieciństwie, jeżeli nie wraca zbyt późno, bo drzewa starzeją się i głos zmieniają wraz z utratą mocy pnia i gałęzi.
Człowiek, gdyby posiadał tylko słuch, na pewno wytworzyłby sobie pojęcie o świecie wcale nie gorsze niż na zasadzie wzroku. W chwilach nadzwyczajnego spokoju i ciszy, kiedy krew bez szmeru po żyłach krąży skutkiem zamarcia duszy, słyszałby "ciemność". Nagły trzask byłby błyskiem w tej jego ciemności; dłuższy i mniej nagły — ciałem, które miałoby swój kształt, swoje wymiary, stosunki, widziane — uchem. Innym razem w owej ciszy słyszałby nieskończoną mnogość pyłków szmerowych, ech, które biegną w przestrzeni jako szczątki rozbitych, rozproszonych gdzieś dźwięków, krzyku, który rozbił się w drodze na miliony ech drobniutkich, bezładnych, nie wiadomo skąd pochodzących, zbiegów ze wszystkich stron widnokręgu.
Drzewa wybujałe koronami stykają się w górze. Patrzę na delikatną koronkę liści i gałązek, rozłożoną na wieczornem niebie.
